czwartek, 29 marca 2018

Sepsa - pytania i odpowiedzi


    Zapewne każdy z Was słyszał kiedyś o sepsie - mówi się o niej sporo, słyszymy o niej także w mediach, bo jej przypadki często są nagłaśniane. Nie da się ukryć, że już samo słowo SEPSA wywołuje strach i kojarzy się z nagłą śmiercią. Czym właściwie ona jest i skąd się bierze? Dlaczego ludzie na nią chorują i umierają? Czy można się przed nią ustrzec?

Wokół sepsy panuje wiele mitów i nie do końca prawdziwych informacji, które sprawiają, że często ludzie boją się, choć tak naprawdę nie do końca wiedzą z czym mają do czynienia.



Sepsa - co to takiego?

Może zacznijmy od tego czym jest w ogóle sepsa. Powiecie, że to choroba - otóż nie. 
Sepsa zwana inaczej posocznicą, to cały zespół objawów, które pojawiają się jako nieswoista reakcja organizmu na obecne we krwi drobnoustroje i ich toksyny. Nie jest więc oddzielną jednostką chorobową i co najważniejsze - nie można się nią zarazić! Nie istnieje więc nic takiego jak epidemia sepsy, czy sezon zachorowań na sepsę. Można jedynie zarazić się drobnoustrojami, które w pewnych warunkach, u niektórych osób mogą wywoływać sepsę. Oczywiście nie chce przez to powiedzieć, że sepsa nie jest groźna - wręcz przeciwnie - cechuje się ciężkim przebiegiem, wysoką śmiertelnością i jest trudnym do leczenia stanem klinicznym. W przebiegu sepsy może dochodzić do niewydolności wielu, bardzo ważnych narządów takich jak płuca, nerki, wątroba czy serce, co bezpośrednio zagraża życiu pacjenta.







Jak często występuje sepsa?

Na świecie notuje się 1,5 miliona przypadków sepsy rocznie, w tym 600 tysięcy zgonów. W Europie szacuje się około 300 tysięcy zachorowań rocznie, a w Polsce z powodu sepsy w ciągu roku umiera około 1000 osób.
Sepsa towarzyszy ludzkości od zawsze, jednak paradoksalnie pomimo postępu diagnostyki i medycyny, zachorowalność i śmiertelność w przypadku sepsy nie spada. Dlaczego tak się dzieje?
To, że słyszymy o coraz większej liczbie przypadków sepsy, może wynikać między innymi z faktu, że diagnostyka mikrobiologiczna cały czas się rozwija i doskonali. Przypadki, które wcześniej były nieokreślone pod względem czynnika etiologicznego, dzisiaj mogą być już sklasyfikowane i uwzględnione w statystykach. Po drugie, wraz z postępem medycyny, wprowadzono na szeroką skalę różne metody inwazyjne, które niestety zwiększają ryzyko zakażenia łożyska krwi.



Co jest przyczyną sepsy?

Sepsę wywołują różne drobnoustroje, z tym że inne bakterie będą odpowiedzialne za sepsę nabytą w środowisku szpitalnym, a inne za sepsę pozaszpitalną.



                                                                           SEPSA
                                                                      ⇙               ⇘
                                                         szpitalna            pozaszpitalna
                                                                                                  ⇓
     występuje u pacjentów z czynnikami ryzyka, 
        często obciążonych już innymi chorobami
                                                                                                                    

                                                         

Za sepsę pozaszpitalną najczęściej odpowiedzialne są dwoinki Neisseria meningitidis, wywołujące zapalenie opon mózgowo-rdzeniowych, oraz pałeczki Salmonella (w przebiegu duru brzusznego).

Sepsa u pacjentów hospitalizowanych, może wystąpić na skutek m.in:
-powikłań po zabiegu operacyjnym
-zakażenia łożyska krwi na skutek wprowadzenia np. zakażonego płynu infuzyjnego
-zakażeń związanych z obecnością cewnika naczyniowego (tzw. zakażenia odcewnikowe)
-różnych zakażeń układowych lub narządowych
-zakażeń okołoporodowych, które są przyczyna sepsy u noworodków

Sepsa szpitalna najczęściej występuje u osób z czynnikami ryzyka do których można zaliczyć:
-przebytą operację
-długotrwałą antybiotykoterapię
-odbywanie radio-, chemioterapii
-obecność cewników naczyniowych i dopęcherzowych
- różne choroby towarzyszące


W zależności od źródła zakażenia, za sepsę będą odpowiadać różne drobnoustroje. Bo np. urosepę, czyli sepsę na skutek przedostania się bakterii z dróg moczowych do krwi, wywoływać będą bakterie najczęściej odpowiedzialne za zakażenie  układu moczowego. Do bakterii tych możemy zaliczyć np. pałeczki Esherichia coli czy Proteus spp.  Jeżeli zaś sepsa wystąpi w przebiegu zapalenia opon mózgowo-rdzeniowych, to jej przyczyną będzie np. Neisseria meningitidis czy Haemophilus influenzae. Posocznicę na skutek zakażenia rany będzie z kolei wywoływał np. gronkowiec złocisty czy pałeczki Pseudononas aeruginosa.
Jak sami widzicie, przyczyn sepsy może być bardzo wiele i wszystko zależy właściwie od tego skąd drobnoustroje przedostały się do krwi. Ważne jest, by skutecznie i sprawnie zidentyfikować czynnik etiologiczny, bo to umożliwia odpowiednie leczenie, a w przypadku posocznicy musi ono być wdrożone jak najszybciej.
Niestety chorzy z sepsą zarówno szpitalną ja i pozaszpitalną, ze względu na gwałtowny przebieg i ciężki stan wymagają leczenia głównie na oddziałach intensywnej terapii. Bakterie wywołujące sepsę pozaszpitalną (jak na przykład meningokoki) są zazwyczaj bardziej wrażliwe na antybiotyki niż bakterie powodujące sepsę u osób hospitalizowanych. 



Na czym polega leczenie sepsy? Czy można całkowicie ją wyleczyć? 

Najważniejsze w leczeniu jest jak najszybsze podanie odpowiedniej antybiotykoterapii, w zależności od tego jaka bakteria wywołała zakażenie. Dobór odpowiednich antybiotyków w leczeniu sepsy powinien być oparty na wynikach badań mikrobiologicznych, pozwalających na określenie, jakie antybiotyki najlepiej zadziałają na dany drobnoustrój. Szybkie zastosowanie odpowiedniego antybiotyku umożliwia wyleczenie zakażenia wywołującego sepsę, ale niestety następstwem sepsy mogą być trwałe i poważne powikłania.


Jak przenoszą się drobnoustroje wywołujące sepsę?


Drobnoustroje wywołujące sepsę, przenoszą się przez bezpośredni kontakt (np. pocałunki) a także drogą kropelkową. 
Czy więc środowisko wokół chorego jest bezpieczne? W przypadku najczęstszych zakażeń tj. wywołanych przez meningokoki, pneumokoki i H. influenzae - tak. Bakterie wywołujące tego rodzaju zakażenia bardzo szybko giną poza organizmem człowieka. Nie ma więc potrzeby bardzo szerokiego stosowania antybiotyków u osób z otoczenia chorego, czy też zamykania oddziałów szpitalnych lub placówek takich jak żłobki czy przedszkola.



Jak się uchronić przed sepsą?

 Przede wszystkim pamiętajmy o właściwej higienie osobistej, dokładnym myciu i dezynfekcji rąk . Dotyczy to zarówno personelu medycznego w szpitalu, jak i osób odwiedzających chorego. 
Najlepszym sposobem ochrony przed drobnoustrojami, które w pewnych okolicznościach mogą powodować sepsę, są szczepienia ochronne. Te jednak są dostępne jedynie przeciwko niektórym drobnoustrojom. Bakterie powodujące sepsę, przeciwko którym możemy się zaszczepić, to przede wszystkim najbardziej zaraźliwe meningokoki (Neisseria meningitidis), pneumokoki (Streptococcus pneumoniae) oraz Haemophilus influenzae grupy b. Szczepienia są szczególnie wskazane dla osób należących do grup dużego ryzyka zachorowania (np. niedobory odporności, anatomiczny lub czynnościowy brak śledziony, osoby wyjeżdżające na tereny endemiczne), ale także u osób starszych i dzieci uczęszczających  np. do żłobków.







M.


























czwartek, 1 lutego 2018

Jak przygotować się do pobrania wymazu z gardła? - krótka instrukcja

   

Infekcje górnych dróg oddechowych, w tym zapalenie migdałków i gardła są najczęstszą przyczyną wizyt u lekarza rodzinnego. Najczęściej odpowiedzialne są za nie wirusy - czy wiedzieliście, że wywołują one ok.90% wszystkich infekcji gardła i migdałków?  Idąc tym tropem, można w uproszczeniu powiedzieć że na 10 przypadków zachorowań, jedno! będzie spowodowane przez bakterie.
A teraz przypomnijcie sobie, ile razy wyszliście od lekarza rodzinnego z przepisanym antybiotykiem, na podstawie jedynie "obejrzenia gardła" . Ja wielokrotnie słyszę w swoim otoczeniu, wśród znajomych - "przeziębiłam się, lekarz dał mi antybiotyk" albo "boli mnie gardło, lekarz kazał brać antybiotyk na wszelki wypadek". Liczby mówią same za siebie - ok. 90% to zakażenia wirusowe -natomiast ja mam wrażenie, że w 90% przypadków przepisywane są antybiotyki...
Niestety dane dotyczące nadużywania antybiotyków są zatrważające, dlatego tak ważne jest racjonalne ich stosowanie, czemu służy odpowiednia diagnostyka.



Ważne jest, by na podstawie  wywiadu z pacjentem, badania podmiotowego i wreszcie wymazu mikrobiologicznego, trafnie określić czy infekcja jest wirusowa czy bakteryjna.
Wykonanie posiewu wymazu z gardła, umożliwia nam właśnie potwierdzenie etiologii bakteryjnej, a prawidłowo pobrany charakteryzuje się bardzo dużą czułością. Właściwie fałszywie ujemne wyniki, choć zdarzają się rzadko, wynikają zazwyczaj z nieprawidłowego pobrania lub przygotowania się pacjenta do badania.

Wymaz pobiera specjalista, więc jako pacjenci nie macie wpływu na jego prawidłowe pobranie, powinniście natomiast wiedzieć jak prawidłowo przygotować się do badania, gdyż może mieć to wpływ na jego wynik. Poniżej przygotowałam dla Was krótką instrukcję:)



JAK PRZYGOTOWAĆ SIĘ DO POBRANIA WYMAZU Z GARDŁA? - KRÓTKA INSTRUKCJA

  1. Nie należy pobierać wymazu w trakcie antybiotykoterapii                                                                       
  2. Wymaz najlepiej wykonać rano, na czczo - chodzi ogólnie o to, aby bezpośrednio przed pobraniem nie spożywać posiłków. Jeżeli więc nie ma możliwości pobrania wymazu na czczo, odczekaj po posiłku ok. 2-3 h. Nie spożywaj też bezpośrednio przed pobraniem płynów- chodzi o to, by nie spłukiwać drobnoustrojów z powierzchni błony śluzowej gardła                                           
  3. Wymaz należy pobrać przed umyciem zębów, nie należy też stosować wcześniej płynów do płukania jamy ustnej i tabletek do ssana - substancje antybakteryjne w nich zawarte mogą wpływać na wynik badania.



Pozdrawiam i życzę, żebyście nie musieli korzystać z tej instrukcji zbyt często:)
M.









sobota, 2 grudnia 2017

Atopowe zapalenie skóry- co sprawdza się u nas?



Zosia od urodzenia zmaga się z problemami skórnymi - na palcach jednej reki mogę policzyć dni kiedy jej skóra był całkiem "czysta". Część zmian skórnych ma u niej ewidentnie podłoże alergiczne (alergia kontaktowa), a część po prostu jest i tak naprawdę nie wiadomo dlaczego. Myślę, że te alergiczne zmiany, które pojawiają się i znikają jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki - i jak wynika z moich obserwacji bez związku z tym co akurat zjadła- zafundowała jej genetyka. I niestety muszę przyznać, że to z mojej strony pochodzi ten- nazwijmy to-defekt. Mianowicie ja jestem alergikiem, astmatykiem i podobno od urodzenia tez miałam problemy ze skórą - tak przynajmniej twierdzi moja mama:) Teraz żadnych problemów skórnych już nie mam, więc napawa to nadzieją, że Zosieńce też minie z wiekiem jak mamusi :)


Najgorzej wkurzają nas te zmiany, których to właśnie przyczyny nie do końca możemy uchwycić - i o ile wypryski typowo alergiczne, w postaci pokrzywki można "wyciszyć" chociażby lekami antyhistaminowymi, tak tutaj mamy bardzo ograniczone pole do popisu. Zmiany o których mówię, to suche, plackowate zaczerwienienia w zgięciach kolan, łokci i  nadgarstków. Właśnie na podstawie tych suchych wyprysków, zdiagnozowano u Zosi atopowe zapalenie skóry (AZS). AZS to niestety taka jednostka chorobowa, na którą nie ma jednego, skutecznego leku - może dlatego że etiologia tej choroby nie jest jeszcze wystarczająco poznana. Mówi się, że przyczyny AZS leżą w genetyce i kluczową rolę w jego występowaniu odgrywają alergeny- zarówno te pokarmowe jak i powietrzno-pochodne.  Jak wspomniałam, leku który wyleczyłby chorobę raz na zawsze nie ma. Leczenie polega na łagodzeniu objawów do których u nas należą:


  • czerwone plackowate zmiany na skórze
  • świąd ( to chyba jest najgorsze )
  • suchość skóry 

Stosując odpowiednią, regularną pielęgnację skóry Zosi, udaje nam się zminimalizować te przykre objawy. Uwierzcie mi, że stosowałam już chyba milion maści, kremów, smarowideł w poszukiwaniu tego idealnego preparatu. Na rynku jet wiele środków przeznaczonych do  skóry suchej i atopowej, jednak nie wszystkie zdały u nas egzamin. Ponadto warto pamiętać, że pielęgnacja skóry z AZS nie ogranicza się tylko do stosowania odpowiednich kosmetyków.  Trzeba po prostu wiedzieć, jak się z taką skórą obchodzić - nam zajęło to trochę czasu zanim odkryliśmy co sprzyja skórze Zosi, a co absolutnie nie jest wskazane.  Postanowiłam podzielić się z Wami naszymi doświadczeniami, ponieważ myślę, że mogą one pomóc lub chociaż w jakiś sposób naprowadzić rodziców, którzy zmagają się z AZS u swoich pociech. 



Zacznę może od tego, że oczywiście najbardziej skutecznymi preparatami w naszym przypadku (co pewnie nie będzie dla Was żadnym zaskoczeniem) są maści sterydowe. Są to jednak silne preparaty i nie można stosować ich cały czas. Musicie też pamiętać, że środków ze sterydami nie wolno  stosować na twarzy i w jej okolicy! A niestety w przebiegu AZS występują także często charakterystyczne, zaczerwienione zmiany na policzkach - w tym przypadku stosowanie sterydów odpada. Wiadomo - steryd sterydowi nie równy. Są sterydy słabe i bardzo silne, a w przypadku małych dzieci i niemowląt lekarze dermatolodzy raczej ograniczają się do tych delikatniejszych. Jednak ogólnie zasada jest taka, że jeżeli już musimy zastosować preparat ze sterydem, to stosujemy go możliwie jak najrzadziej i na jak najmniejszych powierzchniach. W naszym przypadku wygląda to tak, że stosujmy maść ze sterydem tylko gdy zmiany są bardzo zaognione i widzimy że zwyczajnie nie ma wyjścia. Natomiast w okresach poprawy, gdy kondycja skóry nie jest już taka fatalna, używamy preparatów pielęgnacyjnych dostępnych bez recepty. A o jakich preparatach mowa?

O to krótka recenzja:)

1) Emolienty.  Stosujemy je do kąpieli praktycznie od urodzenia Zosi. Obecnie używamy Emolium, ale stosowaliśmy też Oilan i Oilatum, i nie zauważyłam jakiejś znaczącej różnicy w ich skuteczności. Fajnie nawilżają, nie podrażniają skóry i są bezzapachowe - polecam:)

2) Kojący balsam regenerujący Cicaplast Baume B5 od La Roche-Posay.  W swoim składzie zawiera m.in wyciąg z wąkrotki azjatyckiej, który wspomaga regenerację naskórka, oraz pantenol o działaniu kojącym i łagodzącym. Czy u nas się sprawdził? I tak i nie. Dość dobrze nawilża skórę - mam wrażenie że zostawia na niej nawet taki tłusty film. Kiepsko jednak radzi sobie u nas z redukcją zaczerwienionych zmian. Podsumowując- skóra jest fajnie nawilżona i natłuszczona ale wygląd i rozmiar zmian nie ulega poprawie. Stosujemy go czasem na całe ciało w celu nawilżenia suchej skóry Zosi, natomiast nie jest naszym wyborem do stosowania bezpośrednio na zmiany atopowe.



3) Nawilżająco-kojący krem uzupełniający lipidy skóry Linum od Dermedic.  Jest to kosmetyk na bazie oleju lnianego przeznaczony właśnie do skóry bardzo suchej, atopowej i skłonnej do alergii. Naprawdę super nawilża i mam wrażenie, że redukuje troszeczkę zaczerwienienie skóry. Ma jednak  dość intensywny zapach, czego raczej nie spotyka się w kosmetykach dedykowanych do atopowej skóry niemowląt. Ja nie uważam tego za wadę - ale co kto lubi :)



4) Bepanthen  Sensiderm Krem - nasz hit!  Polecam bo naprawdę się u nas sprawdził. Skutecznie łagodzi zaczerwienienia i co najważniejsze- świąd skóry, bardzo dobrze nawilża, ale też nie jest za tłusty. Nie zawiera konserwantów i substancji zapachowych - jeżeli więc wolicie bezzapachowe kosmetyki, to coś dla Was. Tak naprawdę, z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że jest to krem, którego efekty działania są u nas zbliżone do preparatów sterydowych. Jasne, że nie działa tak silnie i skutecznie jak maści ze sterydem, ale na pewno jest dobra alternatywą. Polecam, polecam i jeszcze raz polecam:)





Jak wcześniej wspominałam, pielęgnacja skóry atopowej to nie tylko odpowiednie kosmetyki. Wiele czynników środowiskowych działa drażniąco na skórę atopową i należy ich unikać lub przynajmniej ograniczać. 

Oto zasady których się trzymamy:

  • Staramy się nie przegrzewać skóry Zosi, bo wysoka temperatura niekorzystnie na nią wpływa. Racjonalnie dobieramy więc ubiór do panującej temperatury. Zresztą pamiętajcie, że nie należy przegrzewać dziecka w ogóle -  niezależnie czy ma AZS czy nie:)
  • Nie korzystamy na razie (nad czym bardzo ubolewam:( ) z basenów. I nie chodzi tu tylko o chlorowaną wodę, ale także o to, że długie moczenie atopowej skóry nie jest polecane. Zaleca się nawet aby nie kąpać codziennie dziecka z AZS, a gdy dziecko jest starsze, zrezygnować z kąpieli w wannie na rzecz prysznica.
  • Nawiązując do punktu powyżej, nie wydłużamy niepotrzebnie kąpieli.
  • Nawilżamy skórę tak często jak jest to możliwe.

Mam nadzieję, że ten post okaże się Wam pomocny, bo doskonale wiem że AZS  u dziecka jest udręką zarówno dla maluszka, jak i dla szukających skutecznego rozwiązania rodziców :) 

A co sprawdza się u Was? Jakie preparaty stosujecie na AZS? Co polecacie? Piszcie koniecznie - chętnie skorzystam z Waszych porad:)



M.


                                          mój instagram





poniedziałek, 30 października 2017

Toxoplasma gondii, czyli pierwotniak o którym powinna wiedzieć każda ciężarna!


Toxoplasma gondii to pierwotniak, który wywołuje chorobę odzwierzęcą, zwaną toksoplazmozą. Czy wiedzieliście, że toksoplazmoza jest jedną z najbardziej rozpowszechnionych chorób pasożytniczych na świecie? Szacuje się, że w Polsce około 60% populacji miało już do czynienia z tym pierwotniakiem. Możliwe, że ta choroba dotknęła już także Ciebie, jednak możesz o tym nie wiedzieć, bo w większości przypadków toksoplazmoza przebiega bezobjawowo. Czy to oznacza, że nie trzeba się jej obawiać i nie jest groźna? Niestety nie, przynajmniej nie dla wszystkich. Musicie wiedzieć, że zakażenie toksoplazmozą jest szczególnie niebezpieczne w przypadku kobiet w ciąży! Jeżeli jesteś w ciąży lub planujesz ciążę i jeszcze nie wiedziałaś o toksoplazmozie, to przeczytaj koniecznie, bo wiedza na temat tej choroby to must know każdej ciężarnej.




Toxoplasma gondii - co to takiego, skąd się bierze?


Toxoplasma gondii to pierwotniak, którego żywicielem ostatecznym są zwierzęta kotowate. Namnaża się on w ich jelitach, a dokładniej w komórkach nabłonkowych jelit, co prowadzi do powstania oocyst (powiedzmy, takich jaj), które wydalane są z kałem. Niestety te oocysty są bardzo odporne na niekorzystne warunki atmosferyczne - także mróz, upał, deszcz im nie groźne i mogą przetrwać, zdolne do zakażania kilka a nawet kilkanaście miesięcy. Kiedyś czytałam w jakiejś publikacji, że są zdolne - o zgrozo! - przetrwać nawet dwóch lat!!

 I tak leżą sobie w ziemi i czekają, czasem nawet baaaardzo długo  na żywiciela pośredniego.  
A kto jest tym żywicielem pośrednim? Ten kto będzie miał to nieszczęście, żeby takie oocysty spożyć wraz z ziemią. Może to być więc na przykład świnka, kurka, indyk, krówka...i oczywiście człowiek. Nie chcę się tu jakoś bardzo zagłębiać w cykl rozwojowy tego pierwotniaka, bo pewnie bym Was zanudziła:) W bardzo dużym skrócie wygląda to tak, że po spożyciu oocyst przez żywiciela pośredniego, uwalniają się z nich pierwotniaki, które następnie w jelicie przekształcają się w formy zdolne do ruchu (nazywa się je fachowo tachyzoitami). Tachyzoity kolejno przedostają się z jelita do krwi i wędrują sobie po całym organizmie by następnie w postaci cyst móc zasiedlić tkanki i narządy. 


Jak można się zarazić ?


Toksoplazmozą głównie zarażamy się drogą pokarmową:



  • Poprzez spożycie oocyst znajdujących się w ziemi. Niebezpieczeństwo stanowi więc  jedzenie nieumytych warzyw, owoców czy picie wody zanieczyszczonej glebą. Należy też pamiętać o myciu rąk przed jedzeniem i po kontakcie z ziemią. Wystarczy na przykład pielić sobie w przydomowym ogródku bez rękawiczek, następnie brudnymi rękami dotknąć ust lub jedzenia, które później spożywamy... i o! Już mamy ryzyko zakażenia. A i uwaga na osiedlowe piaskownice! - kotki uwielbiają robić sobie z nich kuwety. Oczywiście nie zapominajcie też o regularnej wymianie piasku i czyszczeniu kuwet waszych domowych pupili. Możecie też uchronić Wasze koty przed zakażeniem, wykluczając z ich diety surowe mięso i ograniczając ich kontakt z innymi, wolno żyjącymi kotami.
  •  Spożywanie surowego lub niedogotowanego mięsa zawierającego cysty, czyli najczęstsza droga zakażenia.  Między innymi dlatego kobiety w ciąży nie powinny jeść tatara ani innych, surowych wyrobów mięsnych. Cysty tkankowe giną tnie tylko w wysokich ale także w bardzo niskich temperaturach, więc mrożenie mięsa może być również sposobem na uchronienie się przed chorobą. 
  • Zakażenie płodu poprzez przekazanie tachyzoitów od matki (toksoplazmoza wrodzona). Niestety -  jeżeli matka zachoruje na toksoplazmozę w ciąży po raz pierwszy, pierwotniak może przedostać się do płodu przez łożysko. I choć u ciężarnej może nie być praktycznie żadnych objawów i może być całkowicie nieświadoma swojego zakażenia, to konsekwencje dla dziecka mogą być poważne a nawet tragiczne.
Opisywane były także, bardzo rzadkie przypadki zakażenia na skutek przypadkowego kontaktu z pierwotniakiem, na przykład podczas transfuzji krwi czy podczas pracy w laboratorium.



Jakie konsekwencje dla płodu ma toksoplazmoza ciężarnej?


Do zarażenia płodu może dojść wówczas, gdy matka zachorowała na toksoplazmozę po raz pierwszy w ciąży lub niedługo przed zapłodnieniem. Oznacza to, że jeżeli przechodziłaś toksoplazmozę już wcześniej przed ciążą, to posiadasz odpowiednie przeciwciała, które chronią ciebie i dziecko. Ciężarne które wiedzą, że przechodziły już kiedyś toksoplazmozę mogą więc spać spokojnie ;) Jak wszędzie, są tu oczywiście pewne wyjątki. Mianowicie u osób z niedoborami odporności, na przykład w przebiegu  AIDS czy chorób nowotworowych, może dojść do reaktywacji infekcji  - jednak są to naprawdę wyjątkowe przypadki. 

A jakie są konsekwencje dla płodu, jeżeli matka "złapie" toksoplazmozę w ciąży po raz pierwszy? Zależy to przede wszystkim od stopnia zaawansowania ciąży.
Ponieważ przepuszczalność łożyska wzrasta wraz z czasem trwania ciąży - im bardziej zaawansowana jest ciąża, tym większe ryzyko przekazania tachyzoitów dziecku. I tak największe ryzyko jest w ostatnich tygodniach ciąży i sięga nawet 80-90%, a najmniejsze jest w pierwszym trymestrze. Odwrotnie jest natomiast ze stopniem niebezpieczeństwa dla dziecka - im wcześniej zarazimy się toksoplazmozą w ciąży, tym konsekwencje dla dziecka będą poważniejsze. A o jakich konsekwencjach mowa? 

Pierwszy trymestr - zakażenie w tym okresie niestety najczęściej prowadzi do poronienia. 


Drugi trymestr -  zakażenie  skutkuje różnymi zmianami chorobowymi do których należą m.in: padaczka, wodogłowie, uszkodzenie słuchu, wzroku, małogłowie czy opóźnienie rozwoju psychoruchowego. Oczywiście nie jest tak, że wszystkie te objawy występują jednocześnie, ale jak sami widzicie są to bardzo poważne i ciężkie schorzenia. 


Trzeci trymestr - jeżeli do zakażenia dojdzie pod koniec ciąży, to najczęściej nie obserwuje się żadnych objawów u dziecka zaraz po urodzenia. Jednak należy pamiętać, że u dzieci tych objawy toksoplazmozy mogą pojawić się po kilku miesiącach, a nawet latach. Dlatego koniecznie powinny być one pod specjalną opieką lekarską.




W jaki sposób kobieta ciężarna może dowidzieć się czy akurat nie przechodzi toksoplazmozy, skoro zazwyczaj nie ma objawów?


Najprostszym sposobem jest zrobienie badania z surowicy krwi, które polega na oznaczaniu przeciwciał w klasie IgM i IgG przeciwko antygenom Toxoplasma gondii. Jest to badanie ogólnodostępne, wykonywane przez każde - a na pewno przez większość laboratoriów. Może  nie należy do najtańszych, bo w laboratorium w którym ja wykonywałam badania płaciłam za nie około 50 zł - cena oczywiście może się różnić w zależności od cennika w danym laboratorium. Biorąc jednak pod uwagę, że nie robi się go tak często jak innych, rutynowych  badań w ciąży, a szybka diagnostyka może uchronić nasze dziecko przed ciężką choroba - z pewnością warto je wykonywać! 


Jak interpretować wynik badania? Oczywiście pamiętajcie, że wszystkie wyniki badań powinien zobaczyć Wasz lekarz prowadzący ciążę. Jednak zdaje sobie sprawę, że dla niewtajemniczonych wyniki  mogą wyglądać enigmatycznie, a gdy do wizyty daleko, to często przysparza to sporo, niepotrzebnego w ciąży stresu. Dlatego poniżej macie uproszczony schemat interpretacji:)



IgM- ujemne , IgG-ujemne ⇒ wynik UJEMNY, świadczy o tym że nigdy nie przechodziliśmy toksoplazmozy. Musimy więc uważać, żeby nie zarazić się nią w trakcie ciąży.


IgM- dodatnie, IgG-ujemne świeża infekcja ! Należy zgłosić się do lekarza, który zdecyduje o leczeniu.


IgM - ujemne, IgG-dodatniezakażenie przebyte  kiedyś w przeszłości, przeciwciała chronią nas - można spać spokojnie;) Wyjątek stanowi bardzo wysokie miano IgG - w takim przypadku konieczne jest wykonanie dodatkowych badań.


IgM -dodatnie, IgG-dodatniewynik wskazuje na niedawną infekcję -  konieczne będzie wykonanie dodatkowych badań.



Jak sami widzicie, badanie serologiczne jest podstawą w diagnostyce toksoplazmozy i dostarcza nam bardzo dużo informacji. Dlatego zdecydowanie warto je wykonać! A kiedy najlepiej je zrobić? Najlepiej byłoby wykonać takie badanie przed planowaną ciążą. Jeżeli wynik wskaże  na świeżą infekcję, to wiemy wtedy że należy wstrzymać się jakiś czas ze staraniami o maleństwo. Jeżeli nie wykonacie go na tym etapie to nic straconego - koniecznie wykonajcie je jak tylko dowiecie się o ciąży - większość lekarzy ginekologów zleca już takie badanie na pierwszej wizycie. Badanie zaleca się powtarzać co najmniej raz na trymestr, ponieważ szybkie wykrycie choroby umożliwia szybkie wdrożenie leczenia. Im szybciej ciężarna zacznie przyjmować antybiotyk, tym większe szanse że dziecko urodzi się zdrowe - naprawdę może to uchronić wasze maleństwo przed chorobą. Muszę się przyznać, że sama robiłam sobie badanie przeciwciał nawet częściej niż się zaleca, bo co drugi miesiąc. Może to wynika ze zboczenia zawodowego, a może po prostu uznałam że lepiej  robić je za często i w razie czego nie mieć sobie nic do zarzucenia niż za rzadko i potem żałować...Nie przechodziłam toksoplazmozy przed ciążą i bardzo uważałam - myślę że nawet przesadnie, trochę obsesyjnie - żeby mieć wszystko pod kontrolą  tej kwestii. Jedno jest pewne - szybka diagnostyka to podstawa!




Nigdy nie przechodziłam toksoplazmozy. Jak mogę uniknąć zakażenia?


Oto kila prostych zasad, które pozwolą Ci uniknąć zakażenia toksoplazmozą:



  • Ne poprzez spożycie cyst z surowego mięsa, jest ie jedz surowego, półsurowego, niedogotowanego mięsa. Dokładnie myj deski, blaty, noże - ogólnie wszystko co miało kontakt z surowym mięsem. Zakażeninajczęstszą droga zakażenia. Większość ludzi nabywa toksoplazmozę właśnie w ten sposób!
  • Myj dokładnie owoce i warzywa przed spożyciem. 
  • Zawsze myj ręce przed jedzeniem
  • Jeżeli masz kontakt z ziemią np. pieląc w ogródku, najlepiej zakładaj rękawiczki
  • Jeżeli masz kota, pamiętaj żeby regularnie czyścić kuwetę, najlepiej robić to w rękawiczkach i oczywiście dokładnie umyć później ręce. Nie podawaj też swojemu pupilowi surowego mięsa czy podrobów.
  • Unikaj kontaktu z bezpańskimi, wolno żyjącymi kotami.



Pamiętajcie, że toksoplazmoza w ciąży nie zawsze oznacza wyrok - szybka diagnostyka i odpowiednie leczenie może zdziałać naprawdę wiele. Także drogie ciężarne - dbajcie o siebie i dziecko, uważajcie ale przede wszystkim SIĘ BADAJCIE!!!





Na koniec miłe wspomnienie sprzed jakiś dziewięciu miesięcy :)







M.

















wtorek, 17 października 2017

Doceniaj...czyli o chwilach ulotnych.

Dzisiaj miało być o czymś zupełnie innym, ale jakoś tak zebrało mi się na oglądanie starych zdjęć w laptopie :) Oglądałam, oglądałam i myślałam o nieubłaganie mijającym czasie - właśnie te chwile refleksji zainspirowały mnie do napisania tego postu.


Nie odkryję Ameryki mówiąc, że czas leci, zegar tyka a chwile przemijają i nie można ich zatrzymać-oczywista oczywistość...Jednak czasem nie mogę uwierzyć, że mija aż tak szybko. Zosia niedawno skończyła osiem miesięcy, a mi się wydaje jakby to było osiem tygodni, a nawet dni. Kiedy to minęło i dlaczego tak szybko? 
Już dawno zaobserwowałam, że im jestem starsza to czas mija mi coraz szybciej. Właściwie jest to odczucie upływającego czasu, bo czas z punktu widzenia fizyki upływa z tą samą szybkością...Dobra, nie będę się w to zagłębiać, bo asem z fizyki nigdy nie byłam :) Ale faktem jest, że jeszcze w podstawówce na przykład, wakacje wydawały mi się wiecznością. Serio, te dwa miesiące to było tak dłuuuugo, że hej! Pamiętam, że jakoś już w połowie sierpnia podpisywałam wszystkie zeszyty i układałam kolorowe długopisy w piórniku, nie mogąc się doczekać rozpoczęcia roku szkolnego (Aga, siostro - pamiętasz? :P) .Zdążyłam się już stęsknić za szkolnymi koleżankami i za wygłupami na przerwie. A teraz? Ja się pytam, co to są dwa miesiące?! I tak z biegiem upływu moich lat, czas przyspiesza i przyśpiesza coraz bardziej. Też tak macie? Czy tylko ja odkryłam jakieś nowe prawo fizyki- jeeeeny co ja z tą fizyką?;) W każdym razie, teraz level szybkości uciekającego czasu jest w moim odczuciu tak zaawansowany, że jestem tym autentycznie przerażona. 
I co poradzić? Wehikułu czasu nie posiadam - a szkoda, czasu nie mogę cofnąć w żaden sposób. I choć jak śpiewał Sidney Polak - chciałabym naciskać play i stop jak w boom-boxach - to zwyczajnie się nie da. 


Okazuje się jednak, że pewne chwile możemy zatrzymać, choć nie dosłownie.  To wspomnienia, które zostają z nami na zawsze i do których możemy wrócić w każdej chwili sprawiają, że ważne dla nas momenty życia nie przemijają bezpowrotnie. Tak więc czas jednak da się zatrzymać - w pewnym sensie... Wspominam bardzo często, lubię przeglądać zdjęcia, stare filmy, a nagranie z naszego wesela widziałam chyba milion razy...


Ale mam jeszcze jeden, sprawdzony sposób na to, by nie ubolewać tak nad ulotnymi chwilami. Właściwie wiedziałam o tej "metodzie" od dawna, chyba od zawsze...ale jakoś nie potrafiłam chyba wprowadzić tego w życie. Aby się tego nauczyć, musiał pojawić się w moim życiu pewien, dość nietypowy nauczyciel. Nietypowy, bo młodszy ode mnie o 27 lat, mały, łysy, bez zębów i bez żadnego doświadczenia w nauczaniu - raczej w szkołach takiego nie znajdziecie:)  

Tak! To właśnie pojawienie się Zosi sprawiło, że zwyczajnie zaczęłam bardziej praktykować to, co do tej pory było raczej teorią. O czym mowa? Zwyczajnie łapie każdą chwilę i staram się cieszyć każdym dniem, tak jakby był tym ostatnim. Wiem, wiem - brzmi to banalnie...Bo ile razy słyszeliście żeby chwytać dzień, cieszyć się chwilą,  wykorzystywać czas który Wam został? Pewnie milion-ja też...Zdaję sobie sprawę, że to nic odkrywczego. Ale czy udało Wam się wprowadzić to w życie tak na stałe? Bo ja słyszałam, wiedziałam i wprowadzałam co najwyżej na chwilę, a później znów zatracałam się w pędzie życia, zapominając co jest tak naprawdę ważne. To właśnie dzięki Zosi zmieniłam myślenie, można powiedzieć na stałe.  I to przyszło tak naturalnie, niezamierzenie - po prostu. 

Pewne momenty w życiu sprawiają, że człowiek nie jest, i już nigdy nie będzie taki sam jak kiedyś. Ja miałam kilka takich, szczególnie na początku swojej przygody, jaką jest macierzyństwo.  Pamiętam dzień, kiedy przez chwilę realnie bałam się, że stracę córeczkę. Zaledwie pół miesięczna Zosia zadławiła się mlekiem, przestała oddychać. Płacz, reanimacja, karetka, szpital...i strach. Nigdy się tak nie bałam! Ten dzień, ta chwila grozy to było najgorsze co przydarzyło mi się do tej pory. Takie wydarzenia zostają w nas za zawsze, choć wolelibyśmy wymazać je z pamięci i nigdy do nich nie wracać.  Pamiętam dokładnie moje pierwsze myśli po powrocie ze szpitala, myślałam wtedy - Boże! Jak ja mogłam narzekać na zmęczenie, nieprzespane noce, brak czasu...Przecież najważniejsze że ją mamy, całą i zdrową. Bo tak to już niestety jest, że zazwyczaj doceniamy coś jak już to stracimy, albo jesteśmy o włos od straty. A szkoda, bo czasem może być za późno - nie warto czekać. Dlaczego doceniamy zdrowie dopiero jak zachorujemy, a słoneczne dni dopiero jak nadciągnie deszcz? Powiecie - tak to już zwyczajnie jest, taka natura człowieka. Ale warto cieszyć się tym co mamy - tu i teraz...albo przynajmniej próbować. Ja próbuję. Staram się wykorzystywać każdą chwilę i pamiętać o tym, że życie jest krótkie - stanowczo za krótkie. Za krótkie, by nie doceniać tych wszystkich szczęśliwych chwil w naszej codzienności - chwil za którymi przecież za chwilę możemy zatęsknić. Za krótkie, żeby tak strasznie przejmować się co powiedzą inni, jak nas ocenią - ludzie zawsze będą gadać, sądzić, krytykować. Niech myślą i mówią co chcą - brzydko mówiąc - wisi mi to! 

Warto częściej uśmiechać się do ludzi, tak zwyczajnie bez specjalnego powodu. Wczoraj usłyszałam w osiedlowym sklepie spożywczym: -Pani to zawsze taka podejrzanie miła! Kusiło mnie żeby odpowiedzieć, że liczę na rabat na ogórki kiszone ale ugryzłam się w język. To trochę przerażające, że żyjemy w czasach, kiedy bycie uprzejmym - tak po prostu - jest uznawane za dziwne i podejrzane. Tym bardziej cenie sobie ludzi, którzy zarażają pozytywnym nastawieniem do życia, czerpią z niego garściami i cieszą się z małych rzeczy. Świat jest lepszy dzięki nim! 

W całym tym pozytywnym nastawieniu i docenianiu nie chodzi mi oczywiście o to, żeby chodzić cały czas z uśmiechem od ucha do ucha, niczym się nie przejmować i z wszystkiego cieszyć. Życie nie jest idyllą - zmartwienia, troski, problemy dnia codziennego są jego częścią i tego nie zmienimy. Chodzi o to, by czasem zatrzymać się w codziennym pędzie i spojrzeć na codzienność łaskawszym okiem. O to, żeby celebrować szczęśliwe chwile spędzane wśród najbliższych i przyjaciół - bo nigdy nie wiesz, czy ta właśnie chwila nie będzie tą ostatnią. O to, by czasem wyluzować, zwolnić i zwyczajnie cieszyć się z tego co mamy - zdecydowanie za dużo jest ludzi, którzy nie potrafią się już cieszyć z niczego. Łapmy więc nasze chwile, zanim nam uciekną...







M.

                                             
             Mój instagram

czwartek, 12 października 2017

Posiew moczu - wszystko co powinniście wiedzieć o tym badaniu.

Szacuje się, że ok. 12% mężczyzn i aż 50% kobiet przynajmniej raz w życiu przechodziło infekcję dróg moczowych. Zakażenia układu moczowego to najczęstsza forma zakażeń pozaszpitalnych u młodych kobiet. Są to bardzo przykre dolegliwości - zapewne większa część z Was miała już tą wątpliwą przyjemność i przechodziła infekcję dróg moczowych, więc wiecie jak jak to wygląda. Aby rozpoznać zakażenie układu moczowego (ZUM) , niezbędne jest wykonanie badania jakim jest posiew mikrobiologiczny moczu. Takich badań wykonujemy codziennie bardzo wiele w mojej pracy. Niestety z moich obserwacji wynika, że wielu  pacjentów nie do końca wie na czym polega to badanie i jak poprawnie pobrać mocz na posiew. Najczęściej kończy się to koniecznością powtórzenia badania, co wiąże się z dodatkowymi kosztami i oczywiście wydłużeniem czasu diagnostyki. A po co robić coś dwa razy, gdy można zrobić coś raz a porządnie? 







Posiew moczu często jest mylony z badaniem ogólnym moczu. Są to dwa zupełnie inne badania, choć wzajemnie się uzupełniają w diagnostyce zakażeń układu moczowego. Gdy więc zapytacie, które badanie lepiej zrobić, gdy istnieje podejrzenie ZUM ? Odpowiadam - najlepiej wykonać i jedno i drugie. A czym różnią się te badania i na czym polega każde z nich? Tak w skrócie:




  • Badanie ogólne moczu polega na ocenie jego cech fizycznych (m.in barwa, przejrzystość moczu, ciężar właściwy) i biochemicznych (np.obecność białka czy glukozy). W ramach tego badania wykonywana jest także mikroskopowa ocena osadu moczu, która umożliwia wykrycie obecności różnego rodzaju nabłonków, komórek czy właśnie bakterii. Wynik badania jest zazwyczaj tego samego dnia.
  • Posiew moczu umożliwia stwierdzenie jakie konkretne bakterie są obecne w moczu, poprzez namnażanie ich na specjalnych pożywkach. Dzięki niemu, możemy ustalić jaki drobnoustrój jest odpowiedzialny za przykre dolegliwości. Dodatkowo, wykonując antybiogram (badanie lekowrażliwości bakterii), możemy stwierdzić jaki antybiotyk będzie odpowiedni aby wyleczyć ZUM. Czas oczekiwania na wynik badania jest różny. Jeżeli posiew jest jałowy, to wynik jest już następnego dnia. Jeżeli natomiast wyhodowane zostaną bakterię i nastawiony antybiogram, na wynik będziemy musieli poczekać trochę dłużej.

Jak sami widzicie, za pomocą tylko badania ogólnego możemy stwierdzić że jakieś tam bakterie w moczu są, ale nie pozwala nam ono stwierdzić jakie. Do tego niezbędny jest posiew moczu. Wykonując to badanie, mikrobiolog ocenia nie tylko gatunek bakterii obecnych w moczu, ale także określa ich liczebność. Ta ilość bakterii w jednym mililitrze moczu jest bardzo ważna, a nawet kluczowa do prawidłowego wykrycia ZUM. Bo na przykład mała ilość bakterii w moczu  może świadczyć o jego zanieczyszczeniu przy pobraniu. Musicie wiedzieć też, że poszczególne bakterie różnią się między sobą wrażliwością na antybiotyki. Nie ma jednego, uniwersalnego leku na infekcje układu moczowego. Oczywiście można spróbować dobrać antybiotyk w ciemno ( jest to tzw. terapia emipryczna), ale trzeba się wtedy liczyć z możliwością niepowodzenia leczenia. Bo nie wiemy tak naprawdę czy bakteria, która wywołała infekcję jest wrażliwa na dany antybiotyk czy nie. Próbujemy-albo się uda, albo nie. Żeby mieć pewność że lek zadziała, niezbędne jest wykonanie wspomnianego wcześniej antybiogramu. 


Aby wynik posiewu moczu był wiarygodny, bardzo istotny jest etap przedlaboratoryjny, czyli sposób w jaki sami pobieracie i transportujecie mocz do badania. Jak to zrobić poprawnie?

Po pierwsze - niezbędny jest odpowiedni, jałowy pojemnik na mocz. Możecie zakupić taki w każdej aptece za ok. 50 groszy. Nie pobieramy moczu do słoików :) , czy samodzielnie wyparzonych pojemników.





Po drugie-prawidłowe pobranie. Mocz należy pobrać rano, po przerwie nocnej. Jednak u niektórych pacjentów, np. starszych, mających problem z nietrzymaniem moczu, nie będzie to możliwe. Co wtedy? Generalnie chodzi o to, żeby mocz pobierany na posiew był obecny w pęcherzu jak najdłużej. Pacjenci tacy, pobierają więc mocz w zależności od swoich potrzeb, po maksymalnym czasie, w jakim uda im się utrzymać mocz. Zaleca się, żeby taki mocz był pobrany po minimum czterech godzinach zalegania w pęcherzu, ale oczywiście wszystko zależy od indywidualnego stanu klinicznego pacjenta. I teraz przechodzimy do sedna, czyli techniki prawidłowego pobierania moczu. Oto krótka instrukcja:

  1. Należy przemyć wodą z mydłem ujście cewki moczowej, a następnie osuszyć najlepiej używając do tego jałowego gazika..może być też ręcznik papierowy - ręcznikom materiałowym mówimy NIE. 
  2. Mocz pobieramy ze środkowego strumienia. Dlaczego? Ponieważ okolice ujścia cewki moczowej nie jest jałowe. Pierwsza porcja moczu wypłukuje występujące tam naturalnie bakterie, i dzięki temu unikamy zanieczyszczenia próbki florą fizjologiczną. Na czym polega metoda pobrania moczu ze środkowego strumienia? Nic prostszego. Pierwszą porcję moczu oddajemy do toalety, następnie napełniamy pojemnik... i resztę moczu znowu oddajemy do toalety. Muszę w tym punkcie wspomnieć o tym, że na posiew naprawdę wystarczy dosłownie kilka mililitrów moczu. Wypełnianie całego pojemniczka, z meniskiem wypukłym :) nie jest konieczne - nie musicie się więc martwić, że moczu ze środkowego strumienia zabraknie.    

Po trzecie - transport do laboratorium. Mocz należy dostarczyć jak najszybciej po pobraniu, bo w temperaturze pokojowej można go przechowywać do 2 godzin.  Jeżeli natomiast nie macie możliwości dostarczyć materiału w tak krótkim czasie, możecie przechowywać mocz w lodówce do 24 godzin.   


Wszystko ładnie, pięknie...ale co z pobraniem moczu u niemowlaka? Tutaj niestety sprawa nie jest już taka prosta.  Przecież małe  dziecko nie nasiusia do pojemniczka na zawołanie. Pobranie ze środkowego strumienia tez raczej nie wchodzi w grę, bo niemowlęta oddają zazwyczaj mocz często i w małych ilościach. No i jak wyłapać moment, kiedy dziecku akurat będzie się chciało siusiu? Niewykonalne! Ale przecież jakoś jednak trzeba pobrać ten mocz. Tylko jak? 

Do posiewu niestety najlepszy jest tzw. mocz " łapany" bezpośrednio do jałowego pojemniczka. NIESTETY  - bo ta metoda jest najtrudniejsza do wykonania. Może u chłopców sprawa wygląda trochę łatwiej, ale u dziewczynek to często mission impossible. Jako mama małej kobietki, mogę podpisać się pod tym obiema rekami. Ciężka sprawa, ale warto jednak spróbować - a nuż się uda.
Jeżeli jednak wasze próby i wysiłki spełzły na niczym, możecie ostatecznie skorzystać ze specjalnego woreczka. Takie woreczki są dostępne w każdej aptece. Z doświadczenia wiem, że warto zaopatrzyć się w kilka takich woreczków, bo rzadko kiedy udaje się prawidłowo pobrać mocz za pierwszym razem. U nas na przykład, największym problemem było odklejanie się woreczka. Zosia jest dość ruchliwym dzieckiem, woreczek odklejał się, a cenny towar wylatywał bokiem:) Tak więc zapas jest jak najbardziej wskazany. 
Jak już mamy pojemniczek i/lub woreczek zabieramy się do dzieła :)

Przygotowanie do pobrania jest podobne jak u osób dorosłych-należy dokładnie umyć i osuszyć okolice intymne - wiadomo. Dodatkowo, możecie też przetrzeć skórę okolic intymnych, gdzie będzie znajdował się woreczek wacikiem nasączonym Octeniseptem. Następnie "łapiemy" mocz do pojemniczka bądź naklejamy woreczek. Jak należy go nakleić? 
 Naklejając woreczek, musicie uważać żeby nie dotykać jego wnętrza- grozi to jego zanieczyszczeniem przez drobnoustroje kolonizujące skórę dłoni. Musicie go nakleić tak, aby obejmował ujście cewki moczowej i  znajdował się możliwie jak najdalej odbytu.  Jak już mocz znajdzie się w woreczku, należy go bardzo ostrożnie odkleić i przetransportować do laboratorium.







Z dodatkowych wskazówek, które ułatwią Wam pobranie moczu u maluszków, warto zapamiętać, że:
  • Niemowlęta, najczęściej oddają mocz zaraz po jedzeniu (mam na myśli tu oczywiście mleko matki lub modyfikowane, a nie pokarmy stałe). Myślę więc, że moment zaraz po nakarmieniu dziecka, jest dobry aby spróbować pobrać materiał. Ja na przykład korzystając z woreczka, przyklejałam go rano, bezpośrednio przed pierwszym karmieniem. Później zostało już tylko czekać i obserwować...
  • Podobno na małe dzieci działa też stymulująco zimno i szum wody. Osobiście nie próbowałam, ale pewnie coś w tym jest, więc warto spróbować.

I to by chyba było na tyle :) Mam nadzieję, że wpis okaże się Wam pomocny. Gdybyście mieli jakieś pytania, śmiało piszcie w komentarzach - chętnie odpowiem:)





Pozdrawiam.
M. 
                                          mój instagram

środa, 4 października 2017

Osiem rzeczy, które zmieniły się w moim życiu od kiedy zostałam mamą:)

Na blogach parentingowych nie brakuje szczerych wpisów o tym, jak narodziny dziecka zmieniają dotychczasowe życie rodziców. A ponieważ podobno dobrze jest podążać za trendami, dziś i mnie naszło na mamowe wywody :) Bo nie oszukujmy się, narodziny dziecka to jednak rewolucja. Będąc w ciąży, wielokrotnie słyszałam stwierdzenia takie jak : ,,Zobaczysz, wszytko się teraz zmieni" albo 
,,Wyśpij się teraz, bo później nie będzie już na to czasu". Miałam wrażenie, że mówią mi to dosłownie WSZYSCY znajomi, którzy mieli okazję widzieć mnie z ciążowym brzuszkiem. 
Czy mieli rację? Oto 8 rzeczy, które zmieniły się w moim życiu od kiedy zostałam mamą Zosi:




  1. Mniej śpię.  Nie da się ukryć, że rodzicom małych dzieci brakuje snu. Prawie każdy Wam to powie. U mnie nie jest inaczej, bo Zosia nie należy do dzieci, które przesypiają noce. Oczywiście był pewien okres, kiedy naprawdę nie mogłam narzekać, bo zaliczałyśmy tylko jedną, nocną pobudkę na jedzenie. Niestety te wspaniałe noce odeszły, wraz z rozpoczęciem okresu ząbkowania. Obecnie Zosia budzi się w nocy kilka, lub nawet kilkanaście razy. Ale ponieważ do wszystkiego można przywyknąć, zwyczajnie się przyzwyczaiłam i cierpliwie czekam na lepsze czasy.Nie jest źle...Naprawdę da się funkcjonować w trybie Zombie. Zawsze przecież można ratować się kawą...Kawa, no właśnie...O kawie niżej:)                                                                                                                                          
  2. Nie pamiętam co to ciepła kawa.  Kawa to moja ulubiona i jedyna używka. I choć najbardziej lubię ciepłą, to od kiedy mam szczęście być mamą, rzadko zdarza mi się taką pić. Albo piję zimną, jak lody Arktyki, albo łykam jednym haustem tak gorącą, że mam wrażenie że poparzę sobie przełyk. Oczywiście nie ma dramatu, bo zdarzają się dni, kiedy tata Zosi jest akurat w domu, i wtedy mogę delektować się kawą o idealnej temperaturze.                                                                                                  
  3. Prawie nie oglądam telewizji. Prawie..bo nowy serial TVN-u ,,Diagnoza", przykuwa mnie do telewizora co wtorek- świetny jest, tak swoją drogą. Ale poza tym jednym wyjątkiem, z ręką na sercu mogę powiedzieć, że właściwie nie oglądam telewizji. I dobrze. Z tej zmiany jestem akurat bardzo zadowolona. Jednym słowem- dobra zmiana!                                                                                                                                                                  
  4. Jestem lepiej zorganizowana.  Czasem myślę sobie, jak bardzo marnowałam czas w czasach, kiedy jeszcze nie było Zosi. Teraz mam wrażenie, że czasami mój dzień jest wypełniony co do minuty. Może miałabym więcej czasu na odpoczynek i nic nie robienie, gdybym zrezygnowała z kilku rzeczy, które robiłam i lubiłam przed ciążą. Ale nie chce z nich rezygnować, jeżeli nie muszę. Trenuję, żyję aktywnie, dbam o siebie jak dawniej, spotykam się ze znajomymi, kontynuuję specjalizację. Wydawałoby się to niemożliwe -szczególnie gdy twój mąż praktycznie mieszka w pracy, a dziecko jest pod twoją pieką właściwie 24 godziny na dobę-ale się da. Wszystko się da, i nie musi się to odbywać kosztem dziecka. Sama się przekonałam, że jest to tylko kwestia chęci i dobrej organizacji. Czasem tylko zwiększają się deficyty związane z punktem 1. i 2. :)                                                                                                                                   
  5. Pokochałam spacery.  Lubiłam je wcześniej, nie powiem. Ale zazwyczaj szłam gdzieś, do konkretnego miejsca. Od kiedy spaceruje z Zochą, pokochałam długie łażenie bez celu.                                                                
  6. Wiem co to miś szumiś i szczeniaczek uczniaczek.  Wcześniej byłam kompletnie zielona w dzieciowych klimatach. Ale gdy pojawiła się Zosia, wiedza na temat wszystkich nowości, trendów zabawkowych pojawiła się sama. Śmiało mogę stwierdzić, że teraz jestem w tej dziedzinie obcykana:)                                                                                                      
  7. Codziennie ćwiczę bicepsy... I to nie zupełnie z własnej woli. Codzienne noszenie "rączkowego" dziecka, to naprawdę niezły trening. Jednym słowem-łapy odpadają. Ale takie już uroki macierzyństwa, nie narzekam. Właściwie to cieszę się tymi chwilami, bo to okres jedyny w swoim rodzaju. Dzieci szybko rosną, za chwilę Zosia nie będzie mnie już tak potrzebować. Warto więc spojrzeć na to w ten sposób i łapać każdą chwilę!                                                                                                                                                 
  8. Jestem najszczęśliwszą osobą na świecie! I niech ten punkt będzie podsumowaniem całego postu:)                                                                





Pozdrawiam:)
M.







piątek, 29 września 2017

Czy wiedzieliście, że...? Czyli nigdy nie jesteśmy sami:)



Gdy wydaje Ci się, że jesteś sam w domu..no właśnie-tylko ci się wydaje. Nie widzisz ich, nie czujesz ich obecności..ale one są zawsze bardzo blisko Ciebie. Brzmi jak zapowiedź nowego horroru wchodzącego do kin. Ale bynajmniej, nie chodzi tu o duchy, ani jakieś nadprzyrodzone zjawiska. Czy domyślacie się już?  Tak! O bakteriach tu mowa.



Czy wiedzieliście, że w ciele człowieka rezyduje jakieś 100 trylionów komórek? To naprawdę sporo..To aż 10 razy więcej niż posiadamy własnych komórek ustrojowych! Bakterie kolonizują nasze ciało już od urodzenia. Co więcej, różne gatunki drobnoustrojów kolonizują różne miejsca naszego organizmu. Wybierają sobie takie miejsca, żeby było im jak najbardziej komfortowo i żeby jak najłatwiej im się żyło. Cwane z nich bestie:) Ale co się dziwić? Każdy orze jak może, żeby żyło się łatwiej. Kto tego nie robi niech pierwszy rzuci kamień! Tak jak ludzie wybierają możliwie najlepsze domy dla siebie, tak i te mikroistoty szukają  najodpowiedniejszych warunków do życia i namnażania. I tak skład mikrobioty ( bo tak nazywa się fachowo populacje drobnosutrojów kolonizujące poszczególne powierzchnie ciała) będzie inny na przykład na skórze, a inny w jamie ustnej czy jelicie. Ponadto, skład mikrobioty jest też zróżnicowany indywidualnie. Można więc powiedzieć, że każdy z nas ma osobisty zestaw lokatorów:) Zestaw ten zmienia się też w zależności od wieku czy płci. Na przykład skóra noworodka nie będzie skolonizowana przez takie same bakterie jak skóra starszego człowieka. I nawet sama skóra jednej osoby nie będzie pokryta tymi samymi gatunkami bakterii w różnych miejscach. Dlaczego? A no dlatego, że tak jak pisałam wcześniej, te małe spryciule są cwańsze niż możemy przypuszczać. I różnią się upodobaniami, trochę jak ludzie. Te drobnoustroje, które wolą miejsca wilgotne skolonizują skórę np. pach, inne natomiast nie potrzebują aż takiej wilgotności i zadowolą się skórą w miejscach bardziej suchych.

Ponieważ drobnoustroje kolonizują naszą skórę, a ludzie dotykają różnych przedmiotów, to znajdziemy je także w naszym otoczeniu. Na przedmiotach codziennego użytku, naprawdę jest tego wiele-uwierzcie mi. Domyślam się, że ciężko w coś uwierzyć, dopóki się tego nie zobaczy. Dlatego poniżej macie dowód. Na zdjęciu możecie zobaczyć specjalną płytkę odciskową, która służy właśnie do wykrywania bakterii na przedmiotach lub powierzchniach w naszym otoczeniu. Na co dzień w mojej pracy, używa się takich płytek do tzw. badań czystościowych. Za ich pomocą możemy sprawdzić czy np. sala operacyjna została odpowiednio zdezynfekowana.





Te kropki/placki widoczne na płytce to kolonie bakteryjne, które utworzyły bakterie, namnażając się na płytce  w specjalnej cieplarce przez 24 godziny. Zdjęcie robiłam osobiście, a jako ciekawostkę powiem Wam, że płytka została odciśnięta od... mojego portfela :)



Jak sami widzicie, bakterie są z nami zawsze, towarzyszą nam od kołyski aż po grób. Ale czy to powinno budzić nasze przerażenie? Czy powinniśmy się ich bać? I czy tacy lokatorzy są w naszym ciele niechciani? A może powinnam wyrzucić czym prędzej mój portfel i zdezynfekować wszystkie zabawki mojej córeczki? Bo przecież miliony okropnych, sprytnych bakterii tylko czyhają na nasze zdrowie i życie. Bynajmniej.  Jak zapewne kiedyś słyszeliście-chociażby z reklam probiotyków (o probiotykach napisze innym razem)-są bakterie tzw. złe i dobre. Nie musimy się obawiać drobnoustrojów, które kolonizują nasze ciała i znajdują się w naszym codziennym otoczeniu, czy przedmiotach których używamy. Flora fizjologiczna człowieka jest bardzo potrzebna, a nawet niezbędna do prawidłowego funkcjonowania naszych organizmów. Weźmy na przykład florę fizjologiczną jelita. Drobnoustroje które się do niej zaliczają, odgrywają ważną rolę w odporności na zakażenia tymi "złymi" bakteriami. Najprościej mówiąc-dobre bakterie  znajdujące się w jelicie, chronią nas przed chorobotwórczym działaniem tych złych bakterii. Jak to się dzieje? Po pierwsze- mikroflora jelit syntetyzuje różne związki chemiczne, które uniemożliwiają rozwój bakterii spoza mikroflory jelitowej. Po drugie-bakterie rywalizują między sobą o dostęp do substancji odżywczych. Logiczne więc, że jeżeli w przewodzie pokarmowym jest już spora ilość innych bakterii, które z tych substancji korzystają, to taka miejscówka nie jest już tak atrakcyjna. A nuż zabraknie tego czy owego i co? :P



Długo by wymieniać zalety naszej mikroflory. Wiedzieliście, że bakterie obecne w jelicie uczestniczą w rozkładzie obecnych w pokarmach toksyn i karcenogenów (substancji rakotwórczych)? Ponadto, biorą też udział w metabolizmie  leków, wchłanianiu elektrolitów i soli mineralnych, a także syntezie mikroelementów.  Zaburzenia w składzie mikroflory jelitowej mogą mieć poważne konsekwencje dla naszego zdrowia. Jakie? A takie jak na przykład zespół jelita drażliwego czy nieswoiste zapalenie jelit. Jako ciekawostkę, powiem Wam, że coraz głośniej mówi się ostatnio o tym, że zmiany/nieprawidłowości w obrębie mikroflory, mogą przyczyniać się do patogenezy otyłości i cukrzycy. Ha! I wszystko jasne.Teraz już wiecie kto tu jest winny:) Nagle okazuje się, że ta niechciana oponka na brzuchu to wcale nie wina czekolady. Sporo można zrzucić na bakterie, jak się okazuje. Proszę bardzo- zawał na przykład. Mówi się- nie jedz tyle tłuszczu, bo miażdżycy dostaniesz. A od miażdżycy do zawału to już...wiadomo. A tu  ta dammm..!To też może być wina bakterii. Wykazano bowiem ostatnio, związek pomiędzy mikrobiotą przewodu pokarmowego a właśnie miażdżycą. Śmiało, bez żadnych wyrzutów sumienia możecie iść zjeść teraz na kolacje tłustą kiełbachę- żartuję oczywiście:)

Także wracając do sedna, tyleee dobrego robią w naszych organizmach tak potrzebne nam bakterie. Powyżej skupiłam się tylko na jelicie, ukazując Wam dobroczynne działanie flory fizjologicznej. Ale zapewniam, że w pozostałych miejscach naszego organizmu, są one równie przydatne i potrzebne. Jednak opisanie tego w jednym poście jest wręcz niemożliwe.

Kończąc-teraz już rozumiecie dlaczego nigdy tak naprawdę nie jesteście sami? Nasuwa mi się taka konkluzja, żeby doceniać te dobre bakterie(jak je doceniać napiszę Wam w poście o antybiotykoterapii) ale jednocześnie nie bagatelizować tych złych.


Dziś to by było na tyle. Ten post jest moim pierwszym na tym blogu i można powiedzieć, że jest to taki post wprowadzający. Chciałam jakoś zacząć i wprowadzić Was do mojego świata. Obiecuję, że niedługo ukaże się post bardziej konkretny, który może Wam się przydać w codziennym życiu. A może pokaże Wam trochę z mojego mamowego świata? Zobaczymy...



Do zobaczyska:)

M.